sobota, 4 października 2014

Rozdział 8.(...) Ochrona danych osobowych, proszę pana.


"Pieniądze szczęścia nie dają.
Dopiero zakupy."


Marilyn Monroe.

Perspektywa Anabel.

Czuję jego ciało blisko swojego. 

Spinam się.

Czuję jego dłoń na swoich plecach.

Mięśnie odmawiają mi posłuszeństwa.

Czuję jego ciepły oddech na swojej szyi.

Zaczynam drżeć. 

- Bierzemy ją.- wyszeptał wprost do mojego ucha. Wzdrygam się na jego chrapliwy głos. Potem odsuwa się ode mnie. 

A ja nadal stoję w osłupieniu. 

- No! Ruchy, ruchy.- popędził mnie.- Przecież w niej nie wyjdziesz.
Weszłam z powrotem do przymierzalni i ubrałam ciuchy w których przyszłam.
Nadal nie rozumiem jego zachowania. Co to w ogóle miało być?
Wychodzę.
- Idziemy.- powiedział Harry ruszając do przodu. Poczłapałam za nim. Szedł przez cały sklep nie zatrzymując się ani na chwilę. Doszedł do drzwi i tak po prostu wyszedł. Był już parę metrów od wejścia do butiku, kiedy udało mi się go dogonić i szarpnąć za ramię.
- Co?!- wrzasnął na mnie. Zdziwiła mnie jego nagła zmiana nastroju. Ja go chyba nigdy nie rozkminię.
- No to na przykład, że wyszedłeś sobie zadowolony ze sklepu, nie zabierając zakupów, ani nie płacąc. No to chyba jest wystarczający powód, żeby zawracać szanowny tyłek "szalenie zajętemu"  księciu!- moje nerwy były już "delikatnie" nadszarpnięte.
- Jeśli zechcesz na to wejrzeć mości panno Smith, to kiedy ty byłaś wieeeelce zajęta przebieraniem się, ja zdążyłem już uregulować wszystko. A  zakupy dostawią do domu.- warknął. Zatkał mi tym usta. Sama nie wiedziałam co odpyskować, więc tylko prychnęłam i uniosłam dumnie głowę.
- Dobra. Nie mam czasu z tobą dalej łazić.- powiedział  patrząc na swój (pewnie cholernie drogi) zegarek.- Masz tu kartę do mojego konta w banku.- wsadził mi do ręki plastikowy prostokąt. Nie mogłam w to uwierzyć. On. Dał. Mi. Dostęp. Do. Swojego. Konta. Chyba sam nie wie co robi.- Jest zbliżeniowa, więc nie trzeba ci pinu. Tym otwierasz windę.- dał mi białą kartę.- A tu masz klucze do domu.- wyciągną na dłoni połyskujący przedmiot. Wzięłam go od niego.- Jak zgubisz którąś z tych rzeczy... To daję słowo, pożałujesz, że się urodziłaś.- zagroził mi. Kiwnęłam tylko przestraszona głową. Normalnie bym to zbagatelizowała, ale on jest ode mnie 2 razy większy i do tego ma pewnie nieograniczone znajomości, więc prawdopodobnie wystarczy jeden telefon, żebym bez jakichkolwiek podejrzeń zniknęła z powierzchni ziemi. Z resztą, wyglądał śmiertelnie poważnie.- No. To chyba tyle.- powiedział i odwrócił się w tył.- Albo nie! Wszystko co kupisz, zostawiaj przy kasie. Przecież nie będziesz tego targać. A na powrót zamów sobie taksówkę. Kings Cross 486A.- zakomunikował i poszedł. Stałam jeszcze tak chwilę w  miejscu. Nie wiem co robić. Mam możliwość wyczyszczenia Harry'emu konta do ZERA. No może przesadzam z tym zerem. Raczej kompletnie bym go nie spłukała, nawet jeżeli wykupiłabym wszystkie akcje w "Pradzie". Jednak nie potrafię tak beztrosko szastać jego pieniędzmi. Bo właściwie za free daje mi mieszkanie, jedzenie, kupuje ciuchy, załatwia wymarzoną fuchę, do cholery, on oddał mi  własne łóżko! I jeszcze mam go naciągać na moje zachcianki?! Nie. Nie jestem typem pasożyta, o nie! A ja? Co ja mu właściwie daję? Wydzieram się, marudzę, obrażam go. Może powinnam coś zmienić?

Kończę swoje przemyślenia i daję się wciągnąć w zakupowy szał.

Najbliżej miejsca w którym się znajduję, jest filia Victoria's Secret. Analizując w głowie zasoby mojej bielizny kieruję się do przezroczystych drzwi. Kiedy znajduję się w środku, zostaję przywitana przyjaznym uśmiechem ze strony ekspedientki.

- Czy mogłabym pani w czymś pomóc?- zapytała uprzejmie.
- Nie, dziękuję.- odpowiedziałam równie miło.

Zaczęłam przechadzać się pomiędzy wieszakami i manekinami. Wybrałam parę biustonoszy i kilka (moich ulubionych) koronkowych fig. W końcu dotarłam do działu z "odważniejszą" bielizną. Skuszona wyglądającym zachwycająco zestawem, wsadziłam go do gustownego koszyczka przeznaczonego na zakupy. Nie widząc  nic interesującego pośród asortymentu, płacę i zostawiając swoje nabytki przy kasie, wychodzę.

Przez resztę czasu włóczyłam się bez większego zainteresowania po przeróżnych sklepach. Zmęczona tym całym  "shoppingiem" łapię taksówkę i wyruszam w drogę powrotną do "mojego" domu.

- Kings Cross 486 A.- informuję kierowcę.
- Dla pani wszystko.- powiedział mężczyzna na oko około 50, mrugając do mnie. Ledwie powstrzymałam wyraz obrzydzenia malujący się na mojej twarzy. Kryzys wieku średniego, to coś okropnego.

Wpatrywałam się w widoki za szybą. Zabiegani ludzie, stojące w korkach sznury samochodów, wznoszące się wysoko w górę oszklone wieżowce... Urok wielkiej metropolii.

- Jak masz na imię, piękna?- zapytał taksówkarz siląc się na zalotne spojrzenie.
- Ochrona danych osobowych, proszę pana.- uśmiechnęłam się niewinnie. Mina mu zrzedła. Przez resztę podróży miałam więc z głowy starego podrywacza.

- Jesteśmy na miejscu.- obwieścił kierowca.
- Och.- ocknęłam się i zaczęłam grzebać w torebce w poszukiwaniu portfela.
- Nie, nie. Proszę się nie trudzić. Na koszt firmy.- powiedział uśmiechając się szczerze.
- Nie... ja tak nie...
- Na koszt firmy, to na koszt firmy.- westchnęłam i zaczęłam żałować, że tak nie miło go potraktowałam.
- Bardzo dziękuję.- powiedziałam i obdarowałam go wdzięcznym uśmiechem.
- Nie ma za co, aniołku.- puścił mi oczko na odchodne.

Wyszłam z taksówki i skierowałam się do apartamentowca. Przeszłam przez hall i stanęłam przed windą. Wyciągnęłam z portfela białą kartę, którą Harry wręczył mi przed paroma godzinami. Przyłożyłam ją do czytnika i drzwi 'dźwigu' otworzyły się. Weszłam do środka i przycisnęłam pierwszy guzik. Wyszłam i mijając hall trafiłam pod mahoniowe drzwi. Rozkluczyłam je i weszłam do apartamentu.

W środku nie było żywej duszy. Zostawiłam torebkę na kanapie i (w swoim hipochondrycznym nawyku) wyszorowałam dokładnie ręce. Następnie wróciłam do sypialni. Zobaczyłam, że drzwi do mojej garderoby są uchylone. Na podłodze poukładane był w idealne piramidy przeróżnej maści pudełka. Te wielkie stosy na prawdę robiły wrażenie. Przejechałam po opakowaniu naznaczonym logo Christian'a Louboutini. Zdziwiłam się. Przecież ja byłam z nim tylko w jednym sklepie. Nie mogąc się powstrzymać otworzyłam wieko pudełka. W środku znajdowała się cudowna para szpilek.
Z moich ust wydobyło się zafascynowane westchnienie. Jeżeli on sam je wybierał, to..., to cholera nie uwierzę! Założyłam je na nogi i zaczęłam przechadzać się po pomieszczeniu. Kiedy już dostatecznie wypróbowałam te 'kolorowe cudeńka' złapałam za torbę z Victoria's Secret. Wyciągnęłam z niej kupiony zestaw i włożyłam go na siebie. Przejrzałam się w lustrze. Mówiąc nie skromnie, wyglądałam powalająco.
Do tego dołożyłam czarne 'high heels' i wyszłam z garderoby. Czułam się w takim wydaniu niesamowicie pewna siebie. Zaczęłam więc tak paradować po całym mieszkaniu. Dla polepszenia nastroju włączyłam odpowiednią muzykę, która wprost rwała do tańca. Wywijałam swoim ciałem na wszystkie strony świata. Z minuty na minutę moje ruchy nabierały zmysłowości. W końcowej fazie mój taniec przypominał poczynania początkującej tancerki 'go go' ze złamaną nogą i szyją w usztywnieniu. Oczywiście nie obyłoby się bez przekrzykiwania chodzącej na fula wierzy muzycznej. Pewnie dalej skakałabym jak idiotka, gdyby nie to co zobaczyłam...

_________________________________________________________

Hi!
A więc, daję wam wolną rękę, jeśli chodzi o zlinczowanie mnie.
Zachowałam się jak ostatnia menda nie dodając tak długo nextu,
ale po prostu cały czas mam taki młyn, że normalnie Ugh!
Wiem, wiem. Nic mnie nie tłumaczy.
Kwestię komentarzy zostawiam waszemu sumieniu.
Pamiętajcie jednak, że nawet głupie "Super!" motywuje.
Do następnego!

Kara. xx





środa, 27 sierpnia 2014

Rozdział 7.(...) Ale ja już szybciej nie mogę...


"Muśnięcie sukni kobiety czystej daje radość żywszą
niż posiadanie kobiety łatwej"

Jean Jacques Rousseau.

Na samo słowo "zakupy" oczy mi się zaświeciły. Jednak mój entuzjazm zgasł kiedy przypomniałam sobie, że Harry użył liczby mnogiej. Każda kobieta wie i każda kobieta potwierdza, że zakupy z facetem, to katorga dla obu stron. "No chodźmy już." "Jak długo ci to jeszcze zajmie?" "Ile można wybierać głupią sukienkę?!" "Chyba oszalałaś? Nie zapłacę 100 funtów za parę szmelcowatych butów."- myślę, że każda "mieszkanka Wenus", która była na zakupach z facetem, słyszała te lub podobne słowa. Jednak wspólne chodzenie po sklepach staje się milsze (dla kobiety), gdy mężczyzna płaci. Tak miało być w moim przypadku. Szatański uśmiech pojawił się na mojej twarzy.
- Idź się przebrać.- wydał polecenie Harry. Rozanielona pobiegłam do garderoby, wcześniej wyglądając przez okno. Pogoda jak zwykle chujuwa. Wybieram uniwersalny zestaw, w razie gdyby aura postanowiła się polepszyć. Pociągam rzęsy nieznacznie tuszem a usta pomadką ochronną. Wychodzę z łazienki i zderzam się z czymś. Podnoszę do góry głowę. Harry. W garniturze. Jak zwykle. Po co on się tak odstrzela? Przecież idziemy tylko na zakupy.
- Jesteś gotowa?- znowu powróciło jego srogie spojrzenie i poważny ton. A już miałam gdzieś iskierkę nadziei, że udało mi się go trochę "zmiękczyć", ale nie. On jest jak poduszka z gąbki. Nie ważne jak ją ściśniesz, ona i tak wróci do swojego pierwotnego stanu.
- Tak.- powiedziałam i poczłapałam za nim. Styles wziął ze stołu klucze i wyszliśmy, a on zamkną drzwi. Zjechaliśmy windą na parter i przechodząc przez hall znaleźliśmy się przy Range Roverze Harry'ego. Lockers odblokował drzwi, umożliwiając mi tym wejście. Zapięłam pasy i rozsiadłam się na fotelu. Odpalił samochód i ruszyliśmy z miejsca. Poczułam nie miłe ssanie w żołądku. Starałam się je ignorować, ale z każdą minutą rosło w siłę.
- Emm. Harry?- zaczęłam przymilnym głosem.
- Tak?- mrukną.
- Bo ja, no wiesz...- wydukałam.- Właściwie to nic nie jadłam i jestem trochę głodna.- zacisnął mocniej ręce na kierownicy i wziął głęboki oddech.
- Nie mogłaś zjeść w domu?
- No mogłam, ale ty mnie zacząłeś strofować i zapomniałam.- wzniósł oczy do góry.
- Dobra. Zrobię dla ciebie wyjątek, złamię swoją świętą zasadę i pojadę do Mc Donnald's.
- Co ty?- popatrzyłam na niego jak na idiotę.- Nie zjem nic z tamtąd.- wypuścił głośno powietrze.
- To KFC.
- Tym bardziej nie. Tam nawet nie mają sałatek!- Harry potarł twarz dłońmi.
- Dobrze. W takim razie, gdzie chcesz jechać?- powiedział opadając zrezygnowany na fotel.
- Do Subway'a. Tam przynajmniej są warzywa.
- Świetnie.- wziął telefon i wpisał coś, po czym wsadził I phone'a do stojaka. W samochodzie brzmiały podstawowe komunikaty nawigacji. "Jesteś- u - celu"- wydukał GPS kiedy Harry zajechał na drive thru.
Zatrzymał się przed głośnikiem do składnia zamówień.
- Dzień dobry. Co chcą państwo zamówić?- zabrzmiał kobiecy głos. Potarłam się po brodzie patrząc na menu.
- Emm. Po proszę klasyczną z podwójnym serem...- powiedziałam.- Chociaż nie.- Harry coraz głośniej stukał palcami o kokpit.- Może drwalską..., ale bez cebuli. Albo nie, jednak tą klasyczną, tylko z podwójną sałatą. Hmmm. Może bym wzięła do tego frytki...
- Wybierzesz coś kiedyś kobieto?!- cierpliwość Harry'ego się wyczerpała. Zmrużyłam oczy.
- Klasyczna z podwójnym serem.- zdecydowałam w końcu. Albo się przesłyszałam, albo babka od obsługi odetchnęła z ulgą.
- Proszę o podjechanie do następnego okienka po odbiór zamówienia.- Harry zmienił bieg i ruszył do przodu.
- O to państwa zamówienie.- podała zawiniętą w papier kanapkę Harry'emu szczupła blondynka.- należy się dwa funty i...- nie dane było jej dokończyć.
- Reszty nie trzeba.- mruknął Harry kładąc 5 funtówkę na blacie okienka i ruszył z piskiem opon.
Patrzyłam na niego zdziwiona. Odwinęłam kanapkę i wgryzłam się w nią porządnie.
- Lepiej nie naświń, bo wolisz nie wiedzieć co ci zrobię jak zobaczę chociaż malutki okruszek.- zagrzmiał groźnie. Przerwałam na chwilę przeżuwanie i kiwnęłam głową. Mieliłam dalej kanapkę.
- A ty coś jadłeś?- zapytałam w przerwie po między jednym a drugim gryzem.
- Nie.- odpowiedział chłodnym tonem.
- Dla czego?
- Bo nie byłem głodny.
- Nie można tak! Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia.- spojrzałam na swoją bułkę.- Masz moją kanapkę. Ja i tak już nie dam rady.
- Nie chcę twojej kanapki.
- Co? Brzydzisz się?
- Nie! Po prostu nie mam ochoty. Przecież gdybym chciał, to bym sobie zamówił.
- Proszę.- podsunęłam mu jedzenie pod nos.- Masz to zjeść. Omijanie posiłków jest niezdrowe.
- Nie będę tego jadł.
- No już. Bez marudzenia.- wypuścił z frustracją powietrze i zabrał ode mnie kromkę uśmiechając się sztucznie. Na mojej twarzy zagościł triumfalny uśmiech. Patrzyłam jak powoli międlił kolejne kęsy.
- Kurwa!- zaklął uderzając w kierownicę pięścią, przez co odezwał się klakson.
- Co?
- Przez twoją cholerną kanapkę wjebaliśmy się w największe korki!- lustrował mnie wściekłym spojrzeniem.
- A co ci zrobiła moja biedna kanapka?
- Musieliśmy pojechać inną drogą, żeby mieć blisko Subway'a.
- Daj spokój. Już się przerzedza.- powiedziałam kładąc dłoń na jego ramieniu. Odwraca się w moją stronę i wpatruję się intensywnie w moje oczy.
- Weź rękę.- wyszeptał z trudem. Zszokowana zabrałam kończynę. Usiadł sztywno i przycisnął pedał gazu. Był spięty. Dla czego tak dziwnie zareagował na mój dotyk? Może mam brudne ręce? Oglądam dokładnie moje dłonie. Ani śladu jakiegokolwiek zabrudzenia. Zaczynam nerwowo bawić się palcami.
- Jesteśmy na miejscu.- powiedział swoim typowym, wzbudzającym respekt tonem. Podniosłam głowę. Oxford Street?
- Dla czego tu przyjechaliśmy?
- Na zakupy, a po co innego?
- Myślałam, że pójdziemy do jakiejś galerii.
- Tam nie kupimy rzeczy, których potrzebujesz.

Wyszłam z samochodu i powlekłam się za Harrym, który szedł nie ludzko szybkim krokiem. Prawie biegłam.

- Pospiesz się!- warknął zirytowany.
- Ale ja już szybciej nie mogę...- jęknęłam. Sapną z frustracją. Złapał mnie za nadgarstek i ciągnął bez jakichkolwiek ceregieli. Potykałam się o własne nogi. Wepchną mnie do jakiegoś sklepu. Nawet nie zdążyłam zobaczyć co to za marka. Burberry.
- Dzień dobry. W czym mogę...
- Nie dziękuję.- wysyczał Harry dalej ciągnąc mnie na smyka. Puścił mnie dopiero przy przymierzalniach.
- Masz tu na mnie czekać.- przykazał tonem nieznoszącym sprzeciwu, wskazując na skórzany fotel i po chwili zniknął gdzieś w głębi sklepu.
Byłam w trakcie czytania 'szalenie ciekawego' artykułu o spadku populacji pingwinów Adeli, kiedy gazeta została brutalnie wydarta mi z rąk. Nade mną stał Harry.
- Przymierz to.- rozkazał mi wkładając jakąś kieckę w ręce.
Zamknęłam się w przymierzalni. Przeciągnęłam przez głowę sukienkę. Muszę przyznać, że wyglądałam w niej całkiem nieźle. Spodobał mi się jej zwiewny materiał.
- Już?
- Tak.
Otworzyłam przymierzalnię. Patrzyłam na reakcje Harry'ego. Skanował moją sylwetkę z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Nie.- powiedział kręcąc głową.
- Ale dla czego?- zaskomliłam do niego urażona.- Jest śliczna!
- Nie, bo nie.
- Harreh...- przeciągnęłam jego imię.- A w czym będę normalnie chodzić?- westchnął głęboko.
- No dobra.- pisnęłam radośnie a on tylko przykrył oczy dłonią i znowu pokręcił głową.

I w taki o to sposób mijały nam zakupy. Mniej więcej co drugi zestaw był odrzucany przez Harry'ego, ale jeżeli mi się spodobało, to wystarczyło trochę pojęczeć i ustępował. Po około godzinie zaczęłam się wygłupiać naśladując modelki a Harry albo pukał mi w czoło, albo śmiał się. Myślę, że Styles'a mogę spokojnie nazwać odstępstwem od stereotypu "mężczyzna na zakupach". Zabawa była przednia, a czas mijał w przyjemnej atmosferze dla obojga z nas. Właśnie wkładałam na siebie czarną sukienkę, która była ostatnią pozycją do zmierzenia.

Perspektywa Harry'ego.

Anabel wyłoniła się zza kotary. Stanęła tyłem do mnie. Sukienka idealnie podkreślała jej figurę. Fikuśne wiązania na plecach dodawały jej seksapilu. Wyglądała zniewalająco. Jest zdecydowanie najseksowniejszą kobietą jaką widziałem. A było ich trochę...
Wstałem z fotela i podszedłem blisko niej. Przejechałem ręką po jej talii i nachyliłem się w stronę szyi...
____________________________________________

Hejka!
No cóż... Rok szkolny za pasem.
W związku z tym, niestety rozdziały nie będą pojawiały się w środku tygodnia.
Będę się starała publikować next'y w weekendy.
Dziękuję bardzo za wszystkie miłe słowa.
Spisaliście się świetnie, więc  powiększam limit. :)

Kara xx.

8 komentarzy=nowy rozdział



wtorek, 19 sierpnia 2014

Rozdział 6.(...) Jesteś ortodoksyjnym żydem czy wyznawcą jakiejś innej, chorej idei?


"Szczerość jest przywilejem odważnych."

MYŚL

Otwieram oczy i oślepiają mnie promienie słoneczne. Sięgam ręką po telefon. 8.15. I ten żałosny moment, gdy mógłbyś spać przez cały dzień, ale twój zegar biologiczny decyduje inaczej. Wzdycham ciężko, rozciągam się i zwlekam z łóżka. A tak mi się dobrze spało! Łóżko wodne, to coś, co każdy powinien mieć. Z 'szalonym entuzjazmem' idę do kuchni. Potrzebuję czegoś co postawi mnie na nogi - kofeiny. Przy wyspie kuchennej siedzi Harry, z rozłożoną na blacie gazetą i filiżanką espresso w ręku. 
- Dzień dobry.- mówię przecierając jeszcze zamglone od snu oczy.
- Dobry.- powiedział 'uprzejmie'.- Jak się spało?- zgryźliwość w jego głosie można było wyczuć na kilometr.
- Sądząc po ironicznym tonie, na pewno lepiej niż tobie.- burkną coś ze złością pod nosem.
- Gdzie masz kubki.- zapytałam przeszukując szafki. Pewnie większość osób nie szperałaby komuś bez pozwolenia po kuchni, ale ja nie mam z tym problemu. Skrupuły to akurat coś, czym nie zostałam hojnie obdarowana przez Boga.
- Są w...
- O już mam.- na reszcie to ja weszłam mu w słowo, a nie on mi. Zadowolona z siebie wzięłam czarny kubek w białe kropki. Zaczynam darzyć większą sympatią białe wnętrza wszystkich nowoczesnych domów, patrząc przez pryzmat tego, że prawie wszystko w mieszkaniu Harry'ego jest czarne lub z domieszką czarnego. Podziwiam go za to, że nie dostał jeszcze depresji. Albo dostał, a ja tego nie zauważyłam. Stawiam naczynie pod dyszą ekspresu i po małych perypetiach wybieram odpowiedni program. Zajmuję miejsce na przeciw Zielonookiego. Skanuję wzrokiem jego sylwetkę. Biały t-shirt i jak przypuszczam, czarne rurki. Mówiąc szczerze, bez garnituru wygląda mniej poważnie. Jednak coś w jego ciele przyciąga moją uwagę. W oczy rzucają mi się czarne wzory zdobiące jego lewą rękę od połowy wierzchu dłoni, pewnie do końca ramienia, sądząc po przykrytym w 1/2 materiałem rękawu  koszulki, statku pirackim. Jak to możliwe, że wcześniej ich nie zauważyłam? Przypominam sobie wszystkie stylizacje w jakich go widziałam, dochodząc do wniosku, że w każdej miał przykryte ramiona. Patrząc na charakter jego pracy i ogólny wizerunek jaki ze sobą prezentuje, tatuaże pasują do niego, jak pięść do twarzy. Jednak dodają mu one drapieżności. Myślę, że są pewnego rodzaju manifestem.
- Po co ci te tatuaże?- pytam. Unosi wzrok z nad gazety. Jego oczy nie wyrażają nic. Bije od nich zimna obojętność i nienormalne opanowanie.
- Moje tatuaże, moja sprawa. Jeżeli kiedyś będę na tyle pijany, że ci o nich opowiem, możesz czuć się usatysfakcjonowana. Nie czekałbym jednak na to.- powiedział stanowczo.
Mój zapał do rozmowy opadł. Dla czego on nie może być normalny? Dla czego nie można z nim po prostu porozmawiać? Jestem towarzyską osobą i potrzebuję kontaktu z innymi ludźmi. Jego skrytość i tajemniczość zaczyna mi ciążyć. Zapowiada się ciężkie 12 miesięcy.
- Powiedz mi.- zaczęłam zbierając łyżeczką piankę z kawy.- Jak to jest, że masz takie wielkie mieszkanie i nie masz żadnego pokoju gościnnego?- patrzyłam na mojego rozmówcę wyczekująco. Chwilę mnie ignorował, ale kiedy chrząknięciem dałam mu do zrozumienia, że nie mam zamiaru odpuścić, poddał się.
- Nie mam żadnych znajomych ani przyjaciół którzy mogliby zostawać u mnie na noc. Nie mam żadnych przyjaciół. Nie wdaję się z ludźmi w bliższe znajomości. Czysto biznesowe.- powiedział uniwersalnym tonem i wrócił do czytania czasopisma. Zrobiło mi się go szkoda. Każdy powinien mieć kogoś z kim mógłby od czasu, do czasu zamienić słowo. Podzielić się swoimi zmartwieniami albo radostkami. Nie wyobrażam sobie prowadzenia takiego samotniczego trybu życia jak on. Sugerując się jednak jego wypowiedzią, izoluje się od innych na własne życzenie. Człowiek zagadka.
- Nie czujesz się czasem samotnie?- Miałam wrażenie, że przez dosłownie sekundę się spiął, ale natychmiast się naprężył, jakby z zamiarem przyjęcia jakiegoś wyimaginowanego ataku.
- Nie.- stwierdził twardo.
- Nigdy?- spojrzałam na niego nie dowierzając. Każdy czasem czuje się samotny.
- Nigdy.-  rzekł pewny swego.
- Nawet kiedy masz ochotę na seks?- wypaliłam bez namysłu. Lockers zaszczycił mnie swoją uwagą. Na jego twarzy przebijały się objawy rozbawienia, które mimo starań Styles'a wyłapało moje bystre oko.
- Nawet wtedy.- zaśmiał się pod nosem.
- Nie wierzę.- oparłam się o krzesło nonszalancko zakładając ręce na piersi.
- To uwierz.
- Kłamiesz.
- Nie.
- Tak.- zaczęłam się z nim sprzeczać.
- Nie.
- Tak.
- Jesteś męcząca.
- Ty również.
- Odczep się.
- Dobrze wiesz, że nie mam takiego zamiaru.- wypuścił ze świstem powietrze.
- Po prostu nie mam ochoty na seks. Nie interesuje mnie on.- zaczęłam się śmiać.
- Pfff...- prychnęłam.- No na pewno. Masz 20 lat i mówisz mi, że nie interesuje cię seks? Każdy facet w twoim wieku się nim interesuje, a większość wręcz świata poza nim nie widzi. Jesteś ortodoksyjnym żydem czy wyznawcą jakiejś innej, chorej idei?
- Nie. Po prostu...
- Jesteś gejem.- wymierzyłam w niego oskarżycielsko palec.
- Nie!- zaprzeczył desperacko.
- Poddaję się.- uniosłam ręce do góry.- Oświeć mnie, bo ja nie mam już pomysłu.
-  Najzwyczajniej w świecie nie mam czasu zajmować się tak błahymi sprawami jak seks. Mam o wiele więcej rzeczy na głowie niż większość "facetów w moim wieku".- naśladował moją wcześniejszą wypowiedź.- Z resztą, nawet gdyby mnie on interesował, zawsze mógłbym iść do burdelu. Nie potrzebuję od razu dodatkowego pokoju.- powiedział wyraźnie zadowolony ze swojego przemówienia.
- To smutne.- stwierdziłam wpatrując się bezmyślnie w ścianę.
- Co?- spojrzał na mnie pytająco.
- Twoje życie.- westchnęłam.
- Moje życie?- zapytał rozbawiony.- A to niby dla czego?
- No bo tak. Nudna praca.- posłał mi urażone spojrzenie.
- Co? Taka prawda.- kontynuowałam.- Zero znajomych i jeszcze brak ochoty na seks. Ja na twoim miejscu dawno bym się powiesiła.- zaczął się śmiać. Ale nie tak nerwowo. Wręcz przeciwnie. Szczerze i perliście.
- Twoja szczerość jest rozbrajająca.- powiedział w końcu, kiedy się wreszcie ogarnął.
- A dla czego miałabym owijać w bawełnę? Nie lubię wymijających odpowiedzi, podtekstów i innych tego typu rzeczy.
- Nigdy nie spotkałem tak bezpośredniej osoby jak ty. W tym zakłamanym świecie potrzebne są tego typu ludzie. Zdecydowanie można uznać to za zaletę.- uśmiechnęłam się na jego wypowiedź.
- Czy to był komplement?- zapytałam teatralnie unosząc jedną brew.
- Myślę, że tak.- ukazał rząd swoich idealnie równych i białych jak świeżo spadły śnieg zębów. On jest taki uroczy! Dla czego ukrywa to wszystko pod zasłoną dymną z oschłości i arogancji? Nie rozumiem jego zachowania. Ale przysięgam sobie, że go rozgryzę!
- A ty?- Harry wyrwał mnie z zamyślenia.
- Co ja?- patrzyłam na niego zdziwiona.
- Jak sobie radzisz z napięciem seksualnym?- zapytał z chytrym uśmieszkiem. Pewnie myślał, że załatwił mnie własną bronią. Biedaczek...
- Cóż. Wbrew tego co pewnie obstawiasz, nie obniżyłam swojego libido do minimum i mimo braku faceta nie mam ochoty wyruchać wszystkiego co się rusza.- Szatyn popatrzył na mnie z zaciekawieniem.- A z resztą.- wzruszyłam ramionami.- Zawsze mam wibrator.- wyszczerzyłam się.
- Jesteś niemożliwa.- pokręcił tylko głową śmiejąc się przy tym.
- Dopiero mówiłeś, że męcząca.
- A ty najpierw mianowałaś mnie ortodoksyjnym żydem a potem stwierdziłaś jednak, że jestem gejem. I kto tutaj jest niezdecydowany Skarbie?
- Po 1. Nie jestem niezdecydowana. Mam więcej zdecydowania niż niejeden facet. Po 2. Po prostu rozważałam wszystkie opcje. A po 3. NIE MÓW DO MNIE SKARBIE!- dokładnie przeliterowałam ostatnie zdanie.
- Dobrze... Skarbie.- zaczął się ze mną droczyć. Spiorunowałam go spojrzeniem. Przyłożyłam usta do brzegu kubka i pociągnęłam z niego łyk napoju, który zaraz wyplułam z powrotem, bo smakował jak siuśki. Nie to, że piłam siuśki.
- I widzisz Durniu? Przez ciebie wystygła mi kawa!- zbeształam go.- Swoją drogą, powinieneś zainwestować w nową kawę do ekspresu, albo nowy ekspres. Gorszej kawy w życiu nie piłam.
- Och. Zapomniałem ci powiedzieć, że wrzuciłem do wody odkamieniacz.- wybałuszyłam na niego oczy. Podbiegłam szybko do zlewu i kilkanaście razy przepłukałam usta wodą.
- Ty idioto!- zaczęłam na niego wrzeszczeć.- Mogłam się otruć! Czy ty w ogóle myślisz co robisz?! Kto o zdrowych zmysłach odkamienia rano ekspres, kiedy właśnie o tej porze większość osób potrzebuje czegoś co postawi ich na nogi!- złapałam się za włosy i wzięłam głęboki oddech.
- Przepraszam.- mruknął zmieszany.
- Dobra.- westchnęłam.- Mamy jakieś plany na dzisiaj?
- Tak.
- Jakie?
- Zabieram cię na zakupy. Trzeba czymś zapełnić twoją garderobę.
__________________________________________________________

Witam, witam i o zdrowie pytam.
Jak tam?
Rozdział wcześniej. Jakoś tak zaczęłam go pisać już w czwartek i dzisiaj dostałam weny, więc stwierdziłam, że nie ma sensu trzymać go aż do czwartku, czy piątku.
Trochę krótki, ale musiałam zakończyć w tym momencie.
Podnoszę poprzeczkę. Mam na dzieję, że nie zawiedziecie mnie. :)
Do tej pory spisywaliście się świetnie.

Kara xx.

6 komentarzy=nowy rozdział